Jedyna uczestniczka rozbicia więzienia kieleckiego

Józefa Brogowska  ps. „Barbara” z domu Morzycka urodziła się 5 marca 1913 roku w rosyjskiej miejscowości Błagodatnoje w guberni Jekaterynburg na Uralu. Jej dziadek był powstańcem styczniowym i zesłańcem, a ojciec inżynierem w kopalni metali szlachetnych. Umarł przedwcześnie pozostawiając żonę z ośmiorgiem dzieci. W 1922 r. rodzina przyjechała do Polski. Po kwarantannie w Białymstoku Józefa ze starszą siostrą Zofią znalazła się pod opieką zakonnic w Pruszkowie. Potem wyjechały do rodziny do Starachowic. Tam Józefa pracowała w Zakładach Zbrojeniowych. Skończyła kurs pielęgniarski. Należała do klubu strzeleckiego, uprawiała szybownictwo i żeglarstwo. Była instruktorem Przysposobienia Wojskowego Kobiet.

Po wybuchu II wojny światowej działała w konspiracji. Przyjęła pseudonim “Barbara”. Początkowo zajmowała się kolportażem i łącznością. Następnie pracowała przy komendzie AK podobwodu „Morwa” (Skarżysko) w kancelarii szyfrów, pełniąc jednocześnie obowiązki sanitariuszki. Według fałszywych papierów wystawionych na potrzeby konspiracji, „Barbara” była żoną por. S. Ciaś-Brogowskiego ps. „Fiszer” – komendanta „Morwy”. Swoje konspiracyjne małżeństwo oboje traktowali poważnie i od tej pory nosiła nazwisko Brogowska. „Fiszer” zginął w marcu 1944 r. zastrzelony w czasie ucieczki po aresztowaniu go przez gestapo. „Barbara” przeniosła się na placówkę AK w Pogorzałach. Od maja 1944 r. była już w oddziale Antoniego Hedy „Szarego”. Jako łączniczka i sanitariuszka przeszła cały szlak bojowy oddziału, pozostając w lesie do stycznia 1945 r.

Ppor. Józefa Brogowska „Basia” (pierwsza z lewej), por. Henryk Wojciechowski „Sęk”, łączniczka Izabela Trzaskowska „Iza”, sanitariuszka Stanisława Cichosz „Sława”.

Siostra „Barbary”, Zofia Morzycka działając w konspiracji używała pseudonimów „Zofia” i „Angielka”. Pracowała jako łączniczka przy sztabie komendanta okręgu AK, a później przy sztabie 2 DP Leg. AK. Na wiosnę 1945 r. została aresztowana w Częstochowie przez NKWD wraz z  oficerami sztabu oraz z łączniczką Zofią Wójcik „Kudłatą” i Ireną Kolarz. Przewieziono ich na UB do Kielc, a następnie osadzono w więzieniu przy ul. Zamkowej. Zofia nawiązała kontakt z siostrą, przesyłając grypsy w bieliźnie oddawanej do prania. W grypsach podawała nazwiska aresztowanych żołnierzy AK, polecenia kogo trzeba ostrzec i z kim uzgodnić zeznania, a także komu trzeba wysyłać paczki. „Barbara” również przesyłała jej grypsy, umieszczając je pomysłowo w jedzeniu. Wystarała się bowiem o pozwolenie na wysyłanie siostrze obiadów pod pretekstem jej choroby. Wysyłała także dużą ilość paczek dla uwięzionych akowców.

Gryps z kieleckiego więzienia napisany przez Zosię Morzycką do siostry Józefy Brogowskiej „Barbary”

Cała grupa aresztowana w Częstochowie była sądzona na zamkniętej rozprawie przez sowieckich oficerów NKWD. Zofia i druga łączniczka zostały skazane na 7 lat więzienia i 3 lata pozbawienia praw obywatelskich.

Zofia Morzycka  „Zosia” – łączniczka sztabowa AK.

„Barbara” bardzo chciała wydobyć siostrę z więzienia i myślała nad sposobem jej uwolnienia. Z Włodzimierzem Dalewskim „Szparagiem” pojechała do Łodzi, żeby szukać dojścia do jakichś wpływowych osób. Kiedy nic z tego nie wyszło, postanowili zdobyć pieniądze w akcji na jeden z banków łódzkich. Akcja, w której oprócz nich, wzięło udział jeszcze 4 żołnierzy AK, przebiegła bardzo sprawnie. Brawurowym pomysłem było też przewiezienie pieniędzy do Kielc sowieckim samolotem wojskowym, do którego miał dostęp służący w WP „Szparag”. Zdobyte pieniądze zostały przekazane Antoniemu Hedzie na działalność konspiracyjną i z pewnością przydały się do zorganizowania jego najsłynniejszej akcji w Kielcach. „Barbara” jako jedyna kobieta wzięła udział w akcji rozbicia więzienia kieleckiego przez oddział dowodzony przez kpt. „Szarego” w nocy z 4 na 5 sierpnia 1945 roku.

 

RELACJA JÓZEFY BROGOWSKIEJ „BARBARY” Z AKCJI NA WIĘZIENIE KIELECKIE:

KONCENTRACJA

„Przybyłam na koncentrację ostatniego dnia przed akcją, prosto z Kielc. Nie pamiętam już, kto mnie podwiózł w okolice obozu, może to był por. „Szparag”, a może por. „Narew”. Obydwaj służyli oficjalnie w Wojsku Polskim i mieli ułatwione bezpieczne poruszanie się w terenie. Pamiętam natomiast, że trzej nasi żołnierze – „Neko”, „Angor” i „Mściciel” swą ostatnią noc przed akcją spędzili w mieszkaniu siostry „Szparaga”, przy ulicy Słonecznej w Kielcach.

Zostałam wysadzona z samochodu na jakimś rozstaju dróg, skąd udałam się pieszo do obozu. Szłam przez las, nie było daleko. Kiedy natrafiłam na pierwsze czujki naszego oddziału, od razu zostałam rozpoznana przez chłopców. Wielu z nich dawno nie widziałam i poczułam się od razu jak dawniej – w domu, w naszym leśnym, partyzanckim domu. Było koło południa. Czas do wieczora spędziłam na pogawędkach, Któryś z chłopców miał aparat fotograficzny, robiliśmy więc pamiątkowe zdjęcia.”

DROGA DO KIELC

„Z miejsca koncentracji wyjechałam może trzecim, a może czwartym wozem. Jechałam w szoferce. Kierowca „zarekwirowanego” wozu, człowiek z zewnątrz, bardzo był zdenerwowany, po prostu dygotał ze strachu. Musiałam, go uspokajać, bałam się, żeby w tym stanie nie spowodował katastrofy. Mówiłam do niego: „W razie czego, jeżeli będą się pana czepiać, niech pan nas nie oszczędza, tylko mówi, co panu ślina na język przyniesie. Powie pan, że prowadził pan wóz z pistoletem przyłożonym do głowy, nie miał pan żadnego wyboru”. Jakoś się pozbierał i dojechaliśmy szczęśliwie do Kielc.”

WJAZD DO MIASTA

„Mieliśmy ubezpieczać odwrót, pojechaliśmy więc dalej – od katedry gdzieś w lewo, w górę koło jakiejś jednostki wojskowej i stanęliśmy prawie za miastem. Tam chłopcy zaczęli od razu organizować podwody dla ewentualnych rannych i dla bardziej wycieńczonych więźniów. Miałam ze sobą torbę sanitarną i trochę alkoholu na rozgrzewkę.”

NA POSTERUNKACH W MIEŚCIE

„Ze wszystkich stron rozległa się strzelanina. Odczułam dumę i radość: nasi opanowali miasto! Byłam jednocześnie myślą w więzieniu przy swojej siostrze, przy koleżankach i kolegach. Lunął deszcz, potem ustał, a my wciąż czekaliśmy. Wreszcie nadszedł ten cudowny moment: zobaczyliśmy uwolnionych, nadciągających z naszymi! A wśród nich moja siostra! Co za radość! Padłyśmy sobie w objęcia, uściskałam także „Kudłatą”, kpt. „Siwego” i „Jelenia”. Nie było jednak czasu na dłuższe rozmowy. Oni pociągnęli z główną kolumną, a my na razie zostaliśmy w odwrocie, jako ich ubezpieczenie.”

ODWRÓT GRUPY POR. ZYGMUNTA BARTKOWSKIEGO „ZYGMUNTA”

„ Po krótkim spotkaniu rozstałam się z siostrą, która poszła z główna grupą. My ruszyliśmy dopiero za jakiś czas. Na dwie podwody posadziliśmy kilku słabszych więźniów oraz tych, którzy ucierpieli przy forsowaniu krat. Szliśmy spiesznie, ale nie mogliśmy dogonić głównej kolumny. Był z nami por. „Zygmunt”. Posłaliśmy do przodu jednego z żołnierzy, żeby zorientował się, jak daleko jest czoło oddziału. Długo nie wracał, więc posłałam następnego. Żaden z nich nie trafił na ślad. Doszliśmy wtedy do wniosku , że zmyliliśmy drogę. Wypytywani przez nas mieszkańcy pobliskich chałup mówili, że przechodziło tędy jakieś wojsko. Informujący nas ludzie byli jednak wyraźnie przestraszeni.  Było nas może trzydzieści osób, , ubrani byliśmy różnie – ktoś w mundur, ktoś po cywilnemu, posuwaliśmy się początkowo w zwartej grupie, potem w coraz większym rozproszeniu. Szliśmy przez pola, obok kęp drzew i przez zarośla, które tworzyły naturalną osłonę. Kiedy byliśmy już na bardziej otwartym terenie, zobaczyliśmy w oddali grupę sowieckich żołnierzy, idącą jakby w naszym kierunku. Zastanawialiśmy się z por. „Zygmuntem” co robić. Przyjęcie walki nie miało sensu. Należało raczej zejść im szybko z oczu. W grupie powstał jednak pewien popłoch. Nawet ranni i osłabieni więźniowie (prawdopodobnie byli wśród nich także volksdeutsche, ale nie było czasu na selekcję) zeskakiwali z podwód i rozpraszali się. Zeszliśmy w teren niższy, w zarośla i zbliżyliśmy się do rzeczki, wezbranej po niedawnej powodzi. Znaleźliśmy bród, ale nawet tam woda nie była płytka. Musiałam nieść torbę wysoko nad głową, aby nie zamoczyć opatrunków i pieniędzy. Przeciwległy brzeg był bardzo stromy. Pamiętam, że przewróciłam się, ale ktoś podał mi  rękę i znalazłam się na suchym gruncie.

Zrobił się już dzień. Niedaleko przechodziła grupka kobiet, zdążających prawdopodobnie do kościoła, ubranych odświętnie w świętokrzyskie zapaski. Kiedy kilku żołnierzy zbliżyło się do nich, chcąc zapytać o drogę, zaczęły w panice uciekać. Ukazały się jednak następne i tym razem podeszłam do nich sama. Dowiedziałam się od nich, ku swojemu wielkiemu zdumieniu, że do szosy krakowsko – radomskiej jest daleko, i zrozumiałam, że zatoczyliśmy zbędne koło. Poszliśmy ku szosie, ale następowało coraz większe rozprężenie, grupa rozpadała się na mniejsze grupki. Jedni ruszyli energicznie do przodu, inni zostali w tyle. Należałam do tych ostatnich. Zaczęłam się bowiem zastanawiać, czy w tej sytuacji nie byłoby najsensowniej po prostu wrócić do Kielc.

Wynajęłam we wsi podwodę. Opatrzyłam rannych, a żołnierzom, którzy z powodu niedyspozycji też znaleźli się na podwodzie, zabrałam broń i ukryłam ja na sobie. Kazałam się wieźć do Kielc. Byłam cała mokra i uszargana. Uznałam, że tak będzie najlepiej. Kto by mógł mnie o coś podejrzewać – biedną, umęczoną kobietę…”

PO AKCJI W KIELCACH

Kiedy dojechałam furmanką do Kielc, był już dzień. W mieszkaniu powitały mnie zdumione spojrzenia współlokatorek, wysiedlonych warszawianek. Musiałam jakoś wytłumaczyć swój opłakany wygląd. Wymyśliłam więc na poczekaniu bajeczkę o tym, jak to jechałam zatrzymanym przygodnie sowieckim wozem, jak zostałam z niego w pewnym momencie wyrzucona, jak wreszcie dostałam ataku kolki wątrobowej i zwijając się z bólu siedziałam podczas deszczu w jakimś przydrożnym rowie. Współlokatorki użalały się nade mną, pomogły się osuszyć i przebrać. Jednocześnie z ogromnym podnieceniem i entuzjazmem opowiadały o tym, co działo się w Kielcach. „Pani nic nie wie! To była istna wojna! Strzelanina w całym mieście, wybuchy, huki, światła rakiet!” Udałam zdziwienie i przerażenie: „Co w takim razie z moja siostrą? Muszę tam iść, dowiedzieć się czegoś!”. Odradzały mi, tłumacząc, że przecież więzienie zostało rozbite i mojej siostry na pewno tam nie ma. Mówiły jeszcze o tysiącach akowców, którzy zjechali do miasta, o pomocy Amerykanów, którzy pewnie spuścili desant, wyrażały swoje nadzieje na rychłą wolność. „Muszę tam jednak iść” – stwierdziłam stanowczo, z robioną determinacją.

Po drodze spotkałam wiele osób podążających w tym samym kierunku. Doszłam do muru więziennego i zobaczyłam rozwaloną bramę, ziejącą dwiema wielkimi dziurami. Do środka wejść nie było można. Ludzie podchodzili grupkami, komentowali, byli wyraźnie przejęci. Spod więzienia poszłam na Focha ( obecnie Paderewskiego ), do mieszkania Włodka „Szparaga”. Dowiedziałam się, że jest u swojej siostry na Słonecznej, gdzie dowiózł go, lekko rannego, kierowca ze straży pożarnej. Zastanawiałam się później, czy to bezpieczne schronienie dla Włodka, ale byłam już tak zmęczona, że położyłam się i zasnęłam. Tymczasem „Szparag” zaczął gorączkować i przysłał po mnie, żebym go opatrzyła. Nie chciano mnie jednak budzić i wyręczyła mnie doktorowa Gierowska z Wojskowej Służby Kobiet, matka późniejszego rektora UJ. Pamiętam jego błyszczące oczy i spalone od gorączki usta. Nie był poważnie ranny, ale ręce i nogi miał potwornie pokaleczone od odprysków muru, krat i drewna. Wywiązała się infekcja. Ze zdumieniem oglądałam jego buty, które były dosłownie w strzępach… Od siostry przeniósł się wkrótce na dalszą kurację do swojego mieszkania na Focha (Paderewskiego), naprzeciwko WUBP – wychodząc zapewne z założenia, że pod latarnią najciemniej. Zdążył w samą porę się stamtąd wynieść, jeszcze zanim zaczęto go szukać. Trzeba przyznać, że przy swojej dość lekkomyślnej brawurze miał kolosalne dużo szczęścia. Było mi bardzo smutno, gdy dowiedziałam się, że nie zdołano uwolnić Kazia Śliwy „Strażaka” („Bystrzyckiego”), tym bardziej że był jednym z naszych najmłodszych chłopców.

Dopiero po tygodniu, na wcześniej wyznaczonym miejscu kontaktu – w Końskich – dowiedziałam się, że moja siostra jest u zakonnic w Szydłowcu. „A więc też za kratami” – pomyślałam z uśmiechem. Spotkałam się z nią i wreszcie mogłyśmy się do woli nagadać. Zosia przebywała tam jeszcze przez tydzień. Potem , z polecenia „Szarego”, wskazano nam melinę koło Łodzi, w rodzinie lekarza. Widziałyśmy jednak, zaniepokojenie gospodarzy naszym pobytem i opuściłyśmy ich mieszkanie, przenosząc się do trzeciej siostry na Śląsk.”

( Źródło: Danuta Suchorowska, Rozbić więzienie UB! Akcje zbrojne AK i WiN 1945-1946, Łomianki 2010. )

W 1947 r. „Barbara” ujawniła się wraz z siostrą w Kielcach. Obie wyjechały na ziemie odzyskane i podjęły pracę w służbie zdrowia w Kłodzku. W 1948 r. Zofia została aresztowana i wywieziona do Wrocławia. Wypuszczono ją po dwóch tygodniach z zaświadczeniem, że należała do „bandy AK”. „Barbarę” aresztowano dwa lata później. W 1951 r. została skazana przez sąd wojskowy na pięć lat więzienia, po rewizji na półtora roku, za „nielegalne udzielanie pomocy”. Pomagała bowiem w różny sposób więźniom, kiedy w zastępstwie sprawowała obowiązki pielęgniarki w kłodzkim więzieniu. Odsiedziała wyrok, pracując ciężko w majątku więziennym w Lasowie, a potem w więziennym ambulatorium. Po wyjściu na wolność nadal mieszkała w Kłodzku. Zofia zmarła w 1985 r. , a jej siostra “Barbara” w 1998 roku.

Artur Szlufik

Źródło:  Antoni Heda – Szary, Wspomnienia „Szarego”, Warszawa 2016 ;

Józef Małek, Zapomnieć – nie umiem, Warszawa 2005.